Poznaj moje dzieje...
Kim jestem?
Dołącz do mnie...
Co o mnie sądzisz?
Oto ci, którzy zechcieli mi pomóc:

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

2008
marzec (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
listopad (1)

2009
styczeń (1)
czerwiec (2)

brak kategorii (9)
wszystkie (9)

Fin-fiction
Demiszcze

Moje ulubione miejsca:

Mapa Imperium


Spis treści:
Prolog
1. W Altdorfie
2. Podróż
3. Do Wurtbadu!
Uwaga! Akcja tego opowiadania rozgrywa się w świecie Warhammera! Więc jeśli ktoś nie lubi tej gry, to czyta to na własną odpowiedzialność! Poza tym dodałam ostatnio link do mapy Imperium, na wypadek gdyby Szanowny Czytelnik był nieobeznany ze Starym Światem.


Prolog

poniedziałek, 1.czerwca.2009, 23:20
Siedział na fotelu, przy kominku. Był spokojny, mimo zagrażającego mu niebezpieczeństwa. Wiedział, co go czeka. W końcu przyjdą. Był tego pewny. Nie wiedział kiedy, ale mimo to czekał na nich. Był przygotowany. Byleby tylko nie znaleźli... Nie, nie odkryją nigdy tajemnicy schowka. Nigdy ich nie znajdą. Nie mają cierpliwości. Inaczej używaliby innych metod, tylu ludzi nie zginęłoby z ich rąk. Siali postrach w całej okolicy, wszyscy się ich bali. Każdy obawiał się momentu, w którym wejdą do domu i powiedzą: „oddawaj”...Jeśli ktoś się opierał, grozili. A grozić potrafili... I to dobrze. Nie wiedział, co by uczynił, gdyby wiedzieli, gdzie jest jego brat. Powiedziałby im pewnie wszystko, byleby tylko go nie utracić...
Trzask palącego się drewna przerwał jego rozmyślania. Rozkazał wcześniej sługom zamknąć bramy, być przygotowanym do walki. Nie stać go było na opłacanie straży, jego rodzina, choć mogła poszczycić się wspaniałym herbem, nie miała wielkiego majątku. Dlatego też to niewyszkolona służba musiała bronić swego pana. Nie miał złudzeń. Albo przejdą na stronę bandy, albo zginą. Raczej wybiorą pierwszą opcję. Ostatnio przestali mu ufać. A wszystko przez dziwne wydarzenia, które rozpoczęły się przed dwoma tygodniami. Najpierw wieszczka we wsi prosiła go o parę pensów, w zamian za wywróżenie przyszłości. Przewidziała wszystkie wydarzenia. Jego kłopoty, śmierć wuja, a także nadejście dziwnej paczki przed paroma dniami. Dlatego też spędzał z nią ostatnio dużo czasu, obdarował ją złotem, często też gościła w jego domu. To właśnie jej pojawienie się wywołało nieufność służby. Ostrzegali go. I potem jeszcze ta dziwna paczka...
Nadeszła przed dwoma dniami. Jego kamerdyner znalazł ją o poranku przed bramą, choć wieczorem jej tam jeszcze nie było. Nie było nadawcy, dużymi, koślawymi literami napisane było tylko jego nazwisko. W środku znajdował się czerwony medalion z nieznanym mu symbolem. Przypominał finezyjnie wyrzeźbiony, przekreślony znak Ranalda, choć zdawał sobie sprawę, że to nie o boga złodziei tu chodziło. Miał przeczucie, że powinien się tego pozbyć, ale znak cały czas przykuwał jego uwagę.
-Skądś go znam- powtarzał sobie. –Tylko skąd?
Kojarzył mu się z pięknymi czasami, gdy miał około osiemnastu lat. Jego rodzice żyli jeszcze, on zaś jeździł po świecie, chcąc zaznać dreszczyku emocji. Chętnie wspominał te czasy, dlatego postanowił zachować ten medalion. Ukrył więc go głęboko.
Wreszcie usłyszał. Było to walenie do drzwi. Przyszedł Morr po jego duszę... Słychać było podniesione głosy. Doszedł go szczęk broni i jęki konających służących. Nie poruszył się. I tak go znajdą. Usłyszał odgłos kroków.. nie był to jeden człowiek, ale przynajmniej dziesięciu. Plądrowali cały dom. Wszystko, co jest cenne zostanie zabrane jako łup. Ogień trzaskał wesoło w kominku, nie przejmował się problemami, jakie miał szlachcic. Po kilku minutach do pokoju weszło trzech uzbrojonych mężczyzn. Pierwszy z nich był potężnie zbudowany, był ubrany w długi płaszcz, miał na głowie kaptur, mimo którego widać było wielką szramę biegnącą przez lewy policzek. Drugi natomiast był średniego wzrostu, wyprostowany, patrzący nieufnie wokoło. Ubrany był w czarny granatowy płaszcz. Mimo obecności swoich towarzyszy, często chwytał rękojeść miecza. Trzeci zaś był to wysoki mężczyzna, o okrutnej twarzy, na której stale czaił się zimny uśmiech wyższości i politowania. Ubrany był w czarny obszerny płaszcz, nie miał na głowie kaptura, tak jak jego towarzysze, miał za to obszerny kapelusz, zdobyty pewnie na jakimś zabitym szlachcicu. Pod płaszczem błyszczała koszulka kolcza. Widać było, że to on tu dowodzi. Dowódca podszedł do fotela.
-Kogo my tu mamy?- zapytał.
Pytanie było czysto retoryczne. Nie przejął się więc brakiem odpowiedzi.
-Ukochany przez wszystkich pan i władca tych ziem-ciągnął dowódca bandy. -Do którego wpadliśmy dzisiaj z miłą wizytą.
-Niepotrzebnie się z nim cackasz, Reinhardtcie- powiedział mięśniak. Podszedł do fotela, chwycił szlachcica za gardło i wrzasnął:
-Gadaj, gdzie to jest!
-Nic tobie nie powiem, śmieciu- wycharczał szlachcic.
-Zostaw go, Marcusie- odezwał herszt. –Wszystko we właściwym czasie. Pozwolisz, że usiądziemy- tu zwrócił się do szlachcica. Po chwili dodał, wzruszając ramionami. –Zresztą nie masz wyboru.
Usiedli obok niego. Modlił się do Sigmara, aby ten wybawił go od tego niemiłego towarzystwa. Mógłby spędzić ten wieczór przyjemnie, a tak... Niech Khaine przeklnie tę całą bandę.
-Jak się zapewne domyślasz, nie przyszliśmy do ciebie, zapytać cię o zdrowie.- ciągnął ten, którego nazwano Reinhardtem. –Rzecz w tym, że kiedyś daliśmy coś tobie. Ufaliśmy, że możemy na tobie polegać. Ty jednak postanowiłeś nas opuścić. I nie byłoby w tym nic złego- tu Reinhardt zaśmiał się- w końcu ponure życie w głuszy nie jest dla mięczaków, ale przydał nam byś się nawet i tutaj. Ale ty się nawet z nami nie pożegnałeś. I to też moglibyśmy ci wybaczyć.
-Ja nie –powiedział złowieszczym tonem Marcus.
-Przymknij się- powiedział trzeci mężczyzna. –Nie znasz się za grosz na dyplomacji.
-Dziękuję, ci Dieterze. W każdym razie i to byśmy znieśli spokojnie. Ale ty zabrałeś nam wszystkie pieniądze, które tobie powierzyliśmy. No i tego nie możemy tobie wybaczyć.
-Nic wam nie powiem, pomioty Khaine’a!- wrzasnął szlachcic zrywając się.
-Spokojnie, po co te nerwy?- zapytał Reinhardt z uśmiechem. Przecież możemy spokojnie dobić targu. Masz więc dwie drogi do wyboru. –ciągnął.-Dając ci je, pokazujemy naszą wolę pertraktacji. Droga pierwsza: zabijamy cię. Droga druga: mówisz nam, gdzie są nasze pieniądze, a potem też cię zabijamy. Którą wybierzesz, twoja wola.
-Poproście kamień, aby wyjawił wam, gdzie się znajdują, to uzyskacie taką samą odpowiedź!- krzyknął szlachcic.
-Trudno- odpowiedział Reinhardt z kwaśną miną. –Sam podjąłeś decyzję. Wiedz jednak, że co nie zdołaliśmy odebrać za twojego życia, odbierzemy po twojej śmierci.
Na to słowo, mężczyzna o imieniu Dieter wzdrygnął się.
-Dieter, Marcus, przytrzymajcie go-polecił Reinhardt wstając.
Szlachcic chciał chwycić za broń, ale w tym momencie poczuł, że czyjeś silne ręce wykręcają brutalnie jego dłonie, prawie w tym samym momencie usłyszał jakieś nieznane słowa szeptane przez Dietera i po chwili oplotły go niewidzialne sznury. Ręce piekły go straszliwie, ale zdawał sobie sprawę, że to zaledwie początek długiej agonii, która zostanie mu zgotowana.
Reinhardt powoli wyciągnął miecz z pochwy i zbliżył się jeszcze bardziej do związanego szlachcica.
-Ponieważ- powiedział cicho, a zimny uśmiech powrócił na jego wargi- nie chciałeś nam pomóc, spotka cię zasłużona kara.
Po czym wbił miecz w brzuch szlachcica. Ten spojrzał na ranę. Na ubraniu pojawiła się czerwona plama, która zaczęła się powiększać, Po chwili straszliwy ból, wydarł z jego ust głośny jęk. Usłyszawszy go, Marcus uśmiechnął się złowieszczo. Reinhardt natomiast w ogóle się nim nie przejął. Trzymał cały czas rękojeść miecza. Gdy ból zaczął pulsować w całym ciele szlachcica, dowódca, począł przekręcać wbitą broń. Po chwili szlachcic był prawie nieprzytomny z bólu, rozdzierającego wnętrzności. Modlił się do Morra, aby ten pozwolił mu umrzeć jak najszybciej. Reinhardt w końcu stwierdził, że dalsze tortury byłyby bezcelowe. Wyrwał więc broń z ciała, po czym odszedł śmiejąc się bezlitośnie. Szlachcic, leżąc w powiększającej się kałuży krwi, zobaczył tylko jego powiewający czarny płaszcz, a za nim dwóch pozostałych bandytów. Po kilku minutach poczuł woń palonego drewna i ujrzał jęzory ognia, wślizgujące się przez drzwi i okna...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Prolog

poniedziałek, 1.czerwca.2009, 23:01
Siedział na fotelu, przy kominku. Był spokojny, mimo zagrażającego mu niebezpieczeństwa. Wiedział, co go czeka. W końcu przyjdą. Był tego pewny. Nie wiedział kiedy, ale mimo to czekał na nich. Był przygotowany. Byleby tylko nie znaleźli... Nie, nie odkryją nigdy tajemnicy schowka. Nigdy ich nie znajdą. Nie mają cierpliwości. Inaczej używaliby innych metod, tylu ludzi nie zginęłoby z ich rąk. Siali postrach w całej okolicy, wszyscy się ich bali. Każdy obawiał się momentu, w którym wejdą do domu i powiedzą: „oddawaj”...Jeśli ktoś się opierał, grozili. A grozić potrafili... I to dobrze. Nie wiedział, co by uczynił, gdyby wiedzieli, gdzie jest jego brat. Powiedziałby im pewnie wszystko, byleby tylko go nie utracić...
Trzask palącego się drewna przerwał jego rozmyślania. Rozkazał wcześniej sługom zamknąć bramy, być przygotowanym do walki. Nie stać go było na opłacanie straży, jego rodzina, choć mogła poszczycić się wspaniałym herbem, nie miała wielkiego majątku. Dlatego też to niewyszkolona służba musiała bronić swego pana. Nie miał złudzeń. Albo przejdą na stronę bandy, albo zginą. Raczej wybiorą pierwszą opcję. Ostatnio przestali mu ufać. A wszystko przez dziwne wydarzenia, które rozpoczęły się przed dwoma tygodniami. Najpierw wieszczka we wsi prosiła go o parę pensów, w zamian za wywróżenie przyszłości. Przewidziała wszystkie wydarzenia. Jego kłopoty, śmierć wuja, a także nadejście dziwnej paczki przed paroma dniami. Dlatego też spędzał z nią ostatnio dużo czasu, obdarował ją złotem, często też gościła w jego domu. To właśnie jej pojawienie się wywołało nieufność służby. Ostrzegali go. I potem jeszcze ta dziwna paczka...
Nadeszła przed dwoma dniami. Jego kamerdyner znalazł ją o poranku przed bramą, choć wieczorem jej tam jeszcze nie było. Nie było nadawcy, dużymi, koślawymi literami napisane było tylko jego nazwisko. W środku znajdował się czerwony medalion z nieznanym mu symbolem. Przypominał finezyjnie wyrzeźbiony, przekreślony znak Ranalda, choć zdawał sobie sprawę, że to nie o boga złodziei tu chodziło. Miał przeczucie, że powinien się tego pozbyć, ale znak cały czas przykuwał jego uwagę.
-Skądś go znam- powtarzał sobie. –Tylko skąd?
Kojarzył mu się z pięknymi czasami, gdy miał około osiemnastu lat. Jego rodzice żyli jeszcze, on zaś jeździł po świecie, chcąc zaznać dreszczyku emocji. Chętnie wspominał te czasy, dlatego postanowił zachować ten medalion. Ukrył więc go głęboko.
Wreszcie usłyszał. Było to walenie do drzwi. Przyszedł Morr po jego duszę... Słychać było podniesione głosy. Doszedł go szczęk broni i jęki konających służących. Nie poruszył się. I tak go znajdą. Usłyszał odgłos kroków.. nie był to jeden człowiek, ale przynajmniej dziesięciu. Plądrowali cały dom. Wszystko, co jest cenne zostanie zabrane jako łup. Ogień trzaskał wesoło w kominku, nie przejmował się problemami, jakie miał szlachcic. Po kilku minutach do pokoju weszło trzech uzbrojonych mężczyzn. Pierwszy z nich był potężnie zbudowany, był ubrany w długi płaszcz, miał na głowie kaptur, mimo którego widać było wielką szramę biegnącą przez lewy policzek. Drugi natomiast był średniego wzrostu, wyprostowany, patrzący nieufnie wokoło. Ubrany był w czarny granatowy płaszcz. Mimo obecności swoich towarzyszy, często chwytał rękojeść miecza. Trzeci zaś był to wysoki mężczyzna, o okrutnej twarzy, na której stale czaił się zimny uśmiech wyższości i politowania. Ubrany był w czarny obszerny płaszcz, nie miał na głowie kaptura, tak jak jego towarzysze, miał za to obszerny kapelusz, zdobyty pewnie na jakimś zabitym szlachcicu. Pod płaszczem błyszczała koszulka kolcza. Widać było, że to on tu dowodzi. Dowódca podszedł do fotela.
-Kogo my tu mamy?- zapytał.
Pytanie było czysto retoryczne. Nie przejął się więc brakiem odpowiedzi.
-Ukochany przez wszystkich pan i władca tych ziem-ciągnął dowódca bandy. -Do którego wpadliśmy dzisiaj z miłą wizytą.
-Niepotrzebnie się z nim cackasz, Reinhardtcie- powiedział mięśniak. Podszedł do fotela, chwycił szlachcica za gardło i wrzasnął:
-Gadaj, gdzie to jest!
-Nic tobie nie powiem, śmieciu- wycharczał szlachcic.
-Zostaw go, Marcusie- odezwał herszt. –Wszystko we właściwym czasie. Pozwolisz, że usiądziemy- tu zwrócił się do szlachcica. Po chwili dodał, wzruszając ramionami. –Zresztą nie masz wyboru.
Usiedli obok niego. Modlił się do Sigmara, aby ten wybawił go od tego niemiłego towarzystwa. Mógłby spędzić ten wieczór przyjemnie, a tak... Niech Khaine przeklnie tę całą bandę.
-Jak się zapewne domyślasz, nie przyszliśmy do ciebie, zapytać cię o zdrowie.- ciągnął ten, którego nazwano Reinhardtem. –Rzecz w tym, że kiedyś daliśmy coś tobie. Ufaliśmy, że możemy na tobie polegać. Ty jednak postanowiłeś nas opuścić. I nie byłoby w tym nic złego- tu Reinhardt zaśmiał się- w końcu ponure życie w głuszy nie jest dla mięczaków, ale przydał nam byś się nawet i tutaj. Ale ty się nawet z nami nie pożegnałeś. I to też moglibyśmy ci wybaczyć.
-Ja nie –powiedział złowieszczym tonem Marcus.
-Przymknij się- powiedział trzeci mężczyzna. –Nie znasz się za grosz na dyplomacji.
-Dziękuję, ci Dieterze. W każdym razie i to byśmy znieśli spokojnie. Ale ty zabrałeś nam wszystkie pieniądze, które tobie powierzyliśmy. No i tego nie możemy tobie wybaczyć.
-Nic wam nie powiem, pomioty Khaine’a!- wrzasnął szlachcic zrywając się.
-Spokojnie, po co te nerwy?- zapytał Reinhardt z uśmiechem. Przecież możemy spokojnie dobić targu. Masz więc dwie drogi do wyboru. –ciągnął.-Dając ci je, pokazujemy naszą wolę pertraktacji. Droga pierwsza: zabijamy cię. Droga druga: mówisz nam, gdzie są nasze pieniądze, a potem też cię zabijamy. Którą wybierzesz, twoja wola.
-Poproście kamień, aby wyjawił wam, gdzie się znajdują, to uzyskacie taką samą odpowiedź!- krzyknął szlachcic.
-Trudno- odpowiedział Reinhardt z kwaśną miną. –Sam podjąłeś decyzję. Wiedz jednak, że co nie zdołaliśmy odebrać za twojego życia, odbierzemy po twojej śmierci.
Na to słowo, mężczyzna o imieniu Dieter wzdrygnął się.
-Dieter, Marcus, przytrzymajcie go-polecił Reinhardt wstając.
Szlachcic chciał chwycić za broń, ale w tym momencie poczuł, że czyjeś silne ręce wykręcają brutalnie jego dłonie, prawie w tym samym momencie usłyszał jakieś nieznane słowa szeptane przez Dietera i po chwili oplotły go niewidzialne sznury. Ręce piekły go straszliwie, ale zdawał sobie sprawę, że to zaledwie początek długiej agonii, która zostanie mu zgotowana.
Reinhardt powoli wyciągnął miecz z pochwy i zbliżył się jeszcze bardziej do związanego szlachcica.
-Ponieważ- powiedział cicho, a zimny uśmiech powrócił na jego wargi- nie chciałeś nam pomóc, spotka cię zasłużona kara.
Po czym wbił miecz w brzuch szlachcica. Ten spojrzał na ranę. Na ubraniu pojawiła się czerwona plama, która zaczęła się powiększać, Po chwili straszliwy ból, wydarł z jego ust głośny jęk. Usłyszawszy go, Marcus uśmiechnął się złowieszczo. Reinhardt natomiast w ogóle się nim nie przejął. Trzymał cały czas rękojeść miecza. Gdy ból zaczął pulsować w całym ciele szlachcica, dowódca, począł przekręcać wbitą broń. Po chwili szlachcic był prawie nieprzytomny z bólu, rozdzierającego wnętrzności. Modlił się do Morra, aby ten pozwolił mu umrzeć jak najszybciej. Reinhardt w końcu stwierdził, że dalsze tortury byłyby bezcelowe. Wyrwał więc broń z ciała, po czym odszedł śmiejąc się bezlitośnie. Szlachcic, leżąc w powiększającej się kałuży krwi, zobaczył tylko jego powiewający czarny płaszcz, a za nim dwóch pozostałych bandytów. Po kilku minutach poczuł woń palonego drewna i ujrzał jęzory ognia, wślizgujące się przez drzwi i okna...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

czwartek, 22.stycznia.2009, 18:03
No i po powrocie nie ma czasu notki nowej napisać...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon wykonała AlaV dla samej siebie. Jeśli nie chcesz uniknąć przykrego spotkania z Hermannem Grausamtodem, nie kopiuj.